chlip.pl
zapiski
konfabulacje
fiszki
felietony
recenzje
fotografie
o..
kontakt
szukaj:

piotr.chlipalski
© 1996 - 2010
Przegl±dasz teksty w kategorii: zapiski
« verte


kłopot z rzeczami do wszystkiego tkwi w tym, że często są.. do niczego. weźmy moją ulubioną Pocztę Polską. zamiast sprawnego okienka do (uwaga, wbrew pozorom, to potwornie odkrywcze!) wysyłania listów – mamy n okienek do wszystkiego, z dużym naciskiem na wpłacanie i wypłacanie pieniędzy – emerytury, renty, rachunki. 26 cyfr konta, adres nadawcy i pani Zofia, która nie do końca radzi sobie z tymi wszystkimi komputerami. powszechnie znany koszmar w uniformach z poprzedniego ustroju i «nie widzi? przerwę mam!» na deser.

stacje benzynowe? urocza, pracująca w każdym czasie, 24-godzinna hybryda sklepu nocnego, budki z hot-dogami i kiosku ruchu – ostatnia deska ratunku w środku nocy, w obcym mieście. do momentu, gdy nie próbujesz w środku dnia, we własnym mieście, sprawnie zatankować. trzy kasy i przez ponad kwadrans w kolejce żaden z klientów nie kupił choćby litra paliwa – pani w futrze radzi się, jakie wino na urodziny dla koleżanki, starszy pan wykłóca o punkty na swojej karcie lojalnościowej, reszta kupuje hot-dogi i kawę.

a że, po wszystkomających telefonach, infekcja opanowuje powoli sieć sklepów spożywczych, wychodzi na to, że Dogulas Adams miał rację. ostateczna odpowiedź na pytanie o Życie, Wszechświat i Całą Resztę to 42.

czterdzieści dwie minuty w dowolnej kolejce, by załatwić cokolwiek.

Scott Adams (autor «Dilberta») swego czasu dowodził, że bycie najlepszym w jednej dziedzinie to.. nie do końca najlepszy pomysł. zbyt duża konkurencja i spore prawdopodobieństwo, że poprzeczka i tak jest już za wysoko. może nie jest to najbardziej stymulująca informacja, ale – spójrzmy prawdzie w oczy – wielu oszczędzi przykrych rozczarowań.

Adams postuluje w zamian bycie całkiem niezłym w kilku wybranych dziedzinach i umiejętne tych dziedzin połączenie. i, w zasadzie, ma rację. dowodzi tego na swoim przykładzie – jako wcale nie najlepszy rysownik, bynajmniej nie najlepszy komik, a już absolutnie nie najlepszy pracownik biurowy – nie znalazł w okolicy zbyt wielu całkiem niezłych komików-rysowników znających się na codziennym życiu pracownika korporacji. strzał w dziesiątkę, sława, bogactwo, no i robi to, co kocha.

«specjalizacja jest dla insektów» spuentowałby Heinlein.

Neron miał rację.

mniej więcej raz w tygodniu, najczęściej w okolicach niedzieli, zgadzam się z facetem, który ponabijał chrześcijan na pale i podpalił. no dobra, może odrobinę przesadzam. ja tylko.. zupełnie spontanicznie sympatyzuję z jego.. hm. frustracją.

owszem, chrześcijaństwo było zagrożeniem dla ówczesnego status quo, negowało rzymskich bogów, nadto solidnie mieszało w głowach niewolników, jednak to, co zazwyczaj przechyla szalę (zwłaszcza, gdy ktoś jest z urodzenia lekko obłąkanym piromanem - powszechne uznanie go za wybrańca bogów też sprawy raczej nie ułatwia), co mogło być iskrą odpowiedzialną za pożar Rzymu, to właśnie frustracja.

wyobraź sobie Cesarstwo. wspomnij Pax Romana - wszystkie te podbite ziemie, połączone siecią dróg. solidnie ubitych, kamiennych dróg, które, jak uczy historia, wszystkie prowadzą do Rzymu. i wyobraź sobie, że na skrzyżowaniach tych dróg, co rusz, zbiera się garstka ludzi by patykami kreślić.. symbol ryby. stoją w kółku, na samym środku drogi. zapatrzeni w ziemię, oderwani od świata materialnego, wszystko mają wspólne i zupełnie nie interesuje ich, co dzieje się wokół. mają swoje patyki, mają swoje ryby. a wokół dzieje się.. korek.

no dobrze, konkretyzujmy. to ten facet przed tobą, pewnie miły, sympatyczny, uczciwy i miłosierny, bo przecież na klapie od bagażnika ma rybę - znaczy się - pełną gębą chrześcijanin. więc, zgodnie z tradycją, świata poza tą swoją rybą nie widzi i świat mu obojętny, obojętne też lusterka i inni (z rybą czy bez - tu tradycja odrobinę szwankuje) użytkownicy dróg. sunie stateczne dwadzieścia trzy kilometry na godzinę, samym środkiem drogi; zwalnia na zielonych światłach, a gdy mrugnie pomarańczowe - natychmiast hamuje. wreszcie - zielone - a on, jakby wytrącony z religijnej ekstazy, przez parę sekund przypomina sobie, gdzie jest, potem zaczyna szukać drążka skrzyni biegów, wreszcie, w przebłysku świadomości, wrzuca jedynkę i przy odrobinie szczęścia rusza, nim imperatyw kategoryczny wciśnie za niego hamulec na widok pomarańczowego. szlag, zbyt gwałtownie puścił sprzęgło.

i to ten moment, gdy rozumiem obawę o Cesarstwo, rozumiem dylemat, może wcale nie tak obłąkanego, Cezara - paraliż komunikacyjny Imperium kontra parę żywych pochodni..

wszyscy wybralibyśmy tak samo.

bo z fiszkami chyba to trochę, jak z fotografią – ten sam świat, to samo światło, ten sam moment. złapany właśnie tak, w tym miejscu, z takiej perspektywy. właśnie tak, nie inaczej kadrowany. kawałeczek w lewo i akcenty zmieniają się zupełnie, kawałeczek w prawo i nie bardzo jest sens to komukolwiek pokazywać. choć przecież to wciąż ten sam świat, ta sama chwila.

i pewnie, by analogia była pełna, wypadałoby czasem coś doostrzyć, może rozmyć.. przyjmijmy więc, że to taka do bólu reportażowa fotografia - bez ingerencji - za to umożliwiająca ci, jeśli skusiło cię, co zobaczyłeś, dużo mniejszym nakładem sił, znalezienie się w tym samym miejscu, dokładnie w tym samym miejscu.

stąd, od dawna, co jakiś czas, właśnie te kilka zdań, tylko te kilka zdań. tak, nie inaczej kadrowane, wyrwane z kontekstu. bez komentarza. ot, takie.. fotografowanie słów.

verte »
« verte