chlip.pl
zapiski
konfabulacje
fiszki
felietony
recenzje
fotografie
o..
kontakt
szukaj:

piotr.chlipalski
© 1996 - 2010
PrzeglÂądasz teksty w kategorii: felietony
« verte


Kościół a media
felieton, 13 paĹşdziernika 2002 r.

Gazety, radia, telewizja, Internet -- media pełne nieautoryzowanych wypowiedzi księży, zda się księży "z łapanki" -- nie mających nic do powiedzenia, wystraszonych nagłą nobilitacją medialną, sprawiających wrażenie "umysłowo oślepionych" blaskiem jupiterów. Wreszcie mówiących nie na temat, zupełnie nieprzygotowanych merytorycznie, często, niestety, wręcz mijających się w swych wypowiedziach z nauką Kościoła.

Dlaczego jest tak, iż konfrontuje się biednych, Bogu ducha winnych proboszczów z przysłowiowego Pcimia z doskonale przygotowanymi do tematu, przewyższającymi ich erudycją, intelektem i medialnym przysposobieniem przeciwnikami, którzy już w pierwszych trzech zdaniach mają nieboraka-kapłana tam, gdzie mieć go zaplanowali -- zapędzonego w kozi róg?

Dlaczego przyzwoleniem darzy się takie sytuacje, tym samym jakby akceptując opinię, iż Kościół to zgraja bazujących na niespójnym światopoglądzie, szukających tylko uciemiężenia wiernych i prywatnych korzyści, złych księży, nie zapominając o popularnym dziś argumencie "o wiadomych preferencjach"?

Czy tego Kościoła, który przez wieki był kagankiem oświaty doprawdy nie stać dziś na oświeconych reprezentantów?

Może więc należałoby zabronić wypowiedzi kapłanom do tego nie przygotowanym? Skorzystać z dobrodziejstw hierarchii i pozwolić na zabieranie głosu tylko tym, którzy naprawdę coś do powiedzenia mają i w medialne dysputy wniosą więcej, niż nam to dziś dane oglądać; idąc krok dalej -- wyszkolić zespół odpowiedzialny za tego typu kontakty?

Zebrać medialnie najodpowiedniejszych -- pięknych i urzekających, biegłych w popularnych dziedzinach życia, reprezentantów Kościoła i wpoić im zasady "korzystania" z mediów. Nauczyć zachowania przed kamerą, mikrofonem; wypracować budzący zaufanie wizerunek, zasób pozytywnych słów, działających na wyobraźnię zwrotów, alegorii; wpoić sposoby prowadzenia ekranowych dyskusji, przygotować na najróżniejsze formy ataku, stworzyć strategię statecznej, tchnącej eschatologiczną pewnością, obrony.

Z racji oderwania od codzienności, niejako wydostania się poza własne życie -- dłuższe wyjazdy skłaniają do refleksji, spojrzenia na siebie (tego codziennego siebie -- siebie, który nie wyjechał) z dystansu, z zewnątrz. Głębszy zamysł, z reguły (o ile nie dojdziemy do wniosku, iż lepiej po prostu być nie może), doprowadza do ambitnego planu zmian, usprawnień i życia swego codziennego ulepszeń.

Tako wypadałoby w przyszłym sezonie nabyć to i tamto, przemeblować tu, pomalować tam.. Oczywiście zmienić parę, jak okazało się w warunkach wyjazdowych, na zmiany podatnych, niezdrowych przyzwyczajeń, a w ich miejsce wypracować nowe, mające nas uczynić lepszymi, sprawniejszymi i mądrzejszymi na codzień.

Bo oto nagle (!) uświadamiamy sobie, że tyle w kolejce książek do przeczytania, a tę godzinkę dziennie przecież da się jakoś wygospodarować; że zdrowo jest biegać -- ot, wystarczy chwilę wcześniej wstać, a wręcz niezdrowo spać tyle; że gdyby posiąść kilka nowych, dogłębnie na wyjeździe przemyślanych (i wcale nie tak trudnych do zdobycia) umiejętności..

I że gdyby wszytko to się udało choć w połowie, daj Bóg w ćwierci, w nadchodzących miesiącach codzienności zrealizować -- to i więcej zrobić by można było, kwalifikacje swe jako jednostki twórczej podnieść, a i człowieczeństwo własne wydaje się bez tych, tak oczywistych tej pełnej olśnień nocy, spraw ułomne, niekompletne.

Nie brak i planów okolicznościowych, dotyczących samej eskapady -- więc czego pod żadnym pozorem następnym razem zapomnieć nie wolno, o co było zdecydowanie za dużo, na jakie organizacyjne luki należy zwrócić szczególną uwagę..

I, faktycznie, człowiek uczy się na błędach, a Polak mądry po szkodzie. Do końca życia pamiętać więc będziesz, żeby sprawdzić czy zabrałeś paszport, jeśliś po niego wracać biegiem musiał; nie zapomnisz o nakryciu głowy, gdy swoje za ten brak przechorujesz (podobnie ma się sprawa z wyjazdowym nadmiarem alkoholu, ta wiedza jednak okazuje się być całkiem.. ulotną); a i sól mieć będziesz w plecaku po wsze czasy, gdy na łonie przyrody dwa tygodnie bez niej cierpiałeś. Może tylko kąpielówek zapomnisz ze dwa razy jeszcze, ale i to w końcu się utrwali.. Ostatecznie zrobisz sobie żelazną listę "na następny raz" i będziesz na okoliczność wakacji już "po wsze czasy" przygotowany.

Co się zaś tyczy planów dalekosiężnych, zmian w życiu Twoim epokowych -- owszem, przypomnisz je sobie pewnej pięknej nocy, w namiocie, na zielonej trawce.. W rok, dwa później, przy pełnej zapału i chęci do zmian Wakacyjnej Refleksji nad sobą -- tym sobą, który znów został w domu.

Hairesis
felieton, 15 maja 2002 r.

herezja (gr. haíresis 'branie (dla siebie), wybór' od haireín 'brać w ręce, dla siebie') -- "jakaś opinia sprzeczna z panującymi w danym środowisku poglądami, odbiegająca od poglądów powszechnie uznawanych"

Gdyby spojrzeć na powyższą definicję przez pryzmat własnego "ja" -- za "powszechność" uznając to, co wydaje się każdemu z nas jego jedynie słuszną, prywatną racją -- co współgra z wypracowywanym latami światopoglądem, przekonaniami; "sprzecznością" natomiast nazwać każdy sąd odmienny od naszego, budzący w nas sprzeciw..

I postawić bardzo ogólne pytanie: "Dlaczego zakładamy, że to właśnie po naszej stronie jest prawda, że to my ją znamy?"

Wreszcie, spróbować to pytanie odrobinę wyeksploatować..

Dlaczego, w sytuacji, gdy samych siebie do końca (ba, w połowie nawet!) nie rozumiemy, gdy wypowiadane słowa są tak dalekie od tego, jak istnieją w naszych umysłach; na każdym kroku borykając się z brakiem zrozumienia -- takiego zrozumienia absolutnego -- pewności, że osoba, z którą dzielimy się myślą, odbiera ją dokładnie tak, jak my myśl tę chcemy przekazać; w sytuacji, gdy słuchacza takiego ze świecą, jeśli nie po drugiej stronie lustra, szukać..

Gdy potężną większość sądów, wygłaszanych opinii, przed jakimkolwiek nad nimi zamysłem, należałoby badać w kontekście całego życia wygłaszającego je "myśliciela" -- tego jak rozumie on słowa, którymi się posługuje, jak ich używa -- każdego z nich z osobna..

Dlaczego, wobec powyższego, tak skorzy jesteśmy do obalania sądów cudzych? Równie nieuchwytnych, do końca nienazwanych, niedoskonale wyrażonych, jednako ułomnych? Skąd "święty zapał" do walki, do przekonywania, nawracania? Przekabacania na własne, tak często równie kulawe, prawdy?

Czemu zginąć musiał Sokrates, dlaczego ukrzyżowano Jezusa? Skąd, jak na ironię, pomysł na Krucjaty, Inkwizycję, Święte Wojny? Gdzie źródło przeświadczenia, że tylko jedna strona zna prawdę, że jest tylko jedna prawda? I zupełnie prozaicznie -- skąd tyle zapału w pseudo-kibicach?

Czy wszystko to tylko po to, by móc sobie powiedzieć -- "to ja i tylko ja mam rację"? Zyskać potwierdzenie dla swojej teorii w aklamacji ogółu? Ogółu, który, gdyby ów zabieg się nie udał, od ręki gotowi jesteśmy uznać za bezmyślną masę, ludzi błądzących, niewartych pytania o zdanie?

A może chodzi o poczucie bezpieczeństwa? Skoro to ja stoję po tej właściwej stronie, skoro jestem Tym Dobrym -- nie mam się czego bać, gdyż cokolwiek robię w zgodzie z samym sobą -- postępuję słusznie. A na wypadek, gdybym był w błędzie -- świadomie lub nie, wybiję z głów innych nawet cień prawdopodobieństwa, iż racji nie mam -- sprawię, by myśleli, jak ja.

Z życiowego lenistwa? By nic nie musieć zmieniać, nie rewidować zasiedziałych reguł, nie podejmować znów trudu pracy nad samym sobą -- tej najcięższej, u podstaw.

Nie, niemożliwe. Przecież potrafisz prowadzić dyskuję, potrafisz rozmawiać, rozwijasz się. I gdybyś faktycznie był w błędzie -- zauważyłbyś to, wycofał wytoczoną artylerię, zmienił punkt widzenia..

Gdybyś faktycznie był..

Świąteczne Porządki
felieton, 5 kwietnia 2002 r.

Co, w naszej tradycji, łączy (poza zakupami) wszelkiego rodzaju uroczystości i święta? Jaka wspólna ich cecha, jednocześnie ukazująca ich wagę, jak i skutecznie wykradająca sens, jest nam w tak oczywisty sposób bliska? Czy możliwe, że im większe święta, tym większe winny być.. Świąteczne Porządki?

Wielkanoc. Największe święta chrześcijańskiego świata, a zatem: doroczne mycie okien, zaglądanie pod szafy, przegląd zawartości półek i wyrzucanie rzeczy niepotrzebnych, nagromadzonych przez ostatni rok. Dzień Sądu dla rupieci, które już od niepamiętnych czasów zalegają w mieszkaniu, bo żal było je wyrzucić..

Cóż więc takiego mają w sobie wszystkie te rzeczy, których nie użyliśmy od lat, z których raczej nie skorzystamy w najbliższych? Które leżą, kurzą się, zajmują miejsce, bo kiedyś były potrzebne, bo kiedyś wiele warte, bo w ten czy inny sposób zdobyliśmy je, choć możliwe, że i wtedy nie do końca wiedzieliśmy po co? Które szkoda wyrzucić, bo przecież jeszcze w całkiem dobrym stanie, bo może przyjdzie taki dzień, gdy się przydadzą..

Skąd czerpią moc bynajmniej nie piękne popsute młynki do kawy, raczej nie urodziwe wazy, kubki, filiżanki? W czym siła nigdy nie przeczytanych książek, raz przesłuchanych kaset, otwieranych ostatnio jeszcze w czasach szkoły czy studiów zeszytów?

Gdzie tkwi tajemnica wszystkich niepotrzebności? Jaki sens trzymać wokół siebie stos przedmiotów, których nieistnienia najprawdopodobniej nie zauważylibyśmy? Gdzie motywacja, by oddać im własną, ciężko wywalczoną od świata, przestrzeń życiową?

Może więc czas najwyższy pozbyć się wszystkiego tego, co niepotrzebne? Pozwolić sobie na prywatną rewolucję -- zebrać wszystkie owoce podtrzymywanej przy życiu przez lata "małej kleptomanii" -- posegregować, popakować, zniszczone wyrzucić? Powiększyć mieszkanie o dziesięć, dwadzieścia, pięćdziesiąt procent?

Do komisu oddać telewizor -- przecież i tak nic mądrego nie powiedzą, do antykwariatu wszystkie te książki, których nigdy nie miałeś zamiaru przeczytać i zbierane latami czasopisma, może i przeczytane. Uwolnić stosy płyt, kaset, których nie słuchałeś od lat, pudła całe garnków, patelń i naczyń, które miały się same wytłuc, ale jakoś przez lata nie zdążyły..

Uwolnić siebie i cieszyć się tą wolnością -- odmawiać wątpliwej potrzeby promocjom, zbywać uśmiechem machinę handlu obnośnego, wyrzucać ulotki. Rzeczy niepotrzebnych pozbywać się, nim złapią w pułapkę sentymentu, nim zdążą się zasiedzieć, zyskać miano domownika.

I jeszcze tylko te pudła listów, kartek na urodziny, pamiątek.. Postawić gdzieś w kącie, w piwnicy, by, gdy przyjdzie taki dzień, ze spokojem, w Twoim przestronnym już życiu, powspominać.

verte »
« verte