chlip.pl
zapiski
konfabulacje
fiszki
felietony
recenzje
fotografie
o..
kontakt
szukaj:

piotr.chlipalski
© 1996 - 2010
Przeglądasz teksty w kategorii: felietony

bo widzisz, ty już to wszystko wiesz. wiesz, że kto stoi w miejscu, ten właściwie się cofa. że bez pracy nie ma kołaczy, i że samo się raczej nie zrobi. wiesz, że ci, których prace oglądasz, choć może to bolesny banał, że pewnego dnia ruszyli z miejsca i tak już im zostało. że to tak naprawdę takie proste. ot, wystartować i nie pozwolić samemu sobie się zatrzymać.

najprościej jest oglądać. zaglądać przez ramię, czytać, jak to było z nimi. jak to się stało, że są tam, gdzie są, że robią takie niesamowite rzeczy. inspirować się, budować w sobie wiarę, że to tuż, za zakrętem, że przecież nic nie stoi na przeszkodzie.. co więcej, nigdy dotąd nie było to aż tak proste – ilość dostępnych materiałów: wiedzy, porad, zdjęć, sprzętu.. masz tę dobijającą świadomość, że żadna wymówka tu nie pomoże. w ciągu minuty na flickr.com pojawia się parę tysięcy zdjęć. chwila z Google, a wszystkie bolączki sprzętowe, techniczne – cała ta dotąd tajemna wiedza, kawa na ławę, prostymi słowy, od zwyczajnych ludzi, na twoim biurku..

więc siadasz i oglądasz. zdjęcie za zdjęciem, fotograf za fotografem. kolekcjonujesz tych, do których ci blisko, którzy myślą o fotografii podobnie, których napędzają podobne tęsknoty; czytasz, zaczynasz myśleć o tym, co widzisz. dlaczego tak, jakim sposobem, co tak naprawdę cię w tym, czy innym obrazku urzeka, co sprawia, że jest szczególny. wreszcie ten trudny moment – czy potrafiłbyś tak samo? czego potrzeba, byś tak potrafił? czego, byś chociaż spróbował..

trafiasz na projekty. 365 dni, jedno zdjęcie dziennie. i widzisz rozwój. widzisz, jak «konieczność» zmienia tego czy innego. jak z zupełnie zwyczajnych, czasem nudnych, przez konsekwentne szukanie, z dnia na dzień zaczyna robić coraz lepsze zdjęcia. jak po stu dniach jest już naprawdę dobry – zabawa światłem, formą, znajdowanie tematów we własnych czterech ścianach, eksperymenty.

albo stu nieznajomych. taki prosty pomysł. chyba trochę bardziej społeczny, niż fotograficzny. łapiesz stu obcych ci ludzi, na ulicy, w pociągu, tam, gdzie akurat jesteś. może jednego dziennie, może co parę dni, kilku pod rząd. ważne, żeby byli zupełnie obcy, ważne byś do nich podszedł, zagadnął, dostał zgodę na zdjęcie, na jego publikację w sieci, porozmawiał. przy pierwszych trzech, czterech, jest ciężko, jakoś tak dziwnie.. a potem nagle okazuje się, że to takie proste, portret za portretem, osoba za osobą. i nagle każda twarz jest inna, każda ma coś w sobie. za każdą kryje się historia.

to może tematycznie? niebieski poniedziałek, malownicze «bokeh» w środę, czarno-biały piątek; coś czerwonego, coś o uśmiechu, bólu, miłości. i, zaskakujące, co trzecia mijana osoba ma czapkę, co piąta kobieta zdaje się oczekiwać dziecka, aż roi się od dziewczynek z warkoczykami i starszych panów z parasolem – wystarczyło parę dni, a nauczyłeś się patrzeć na nowo.

i chyba ważna jest publiczność, w końcu to przede wszystkim dla tych, jakkolwiek by definiować tę grupę, którzy będą je oglądać – być może. czekać na kolejny pomysł, kolejną odsłonę. i znów, przecież to takie proste, świadomość, że czekają, że ktoś tam, raz na jakiś czas, sprawdzi, jak ci idzie, motywuje, dodaje sił.

wystarczy zacząć.. nie czekać z 365 na pierwszego stycznia, nie czekać na idealnego nieznajomego, rozejrzeć się po pokoju i zacząć eksploatować pierwszy napotkany temat. krok po kroku, dzień po dniu..

ale przecież ty to wszystko już wiesz, wiedziałeś zanim zacząłeś czytać.. więc? to dziś, prawda? tak zwyczajnie dziś.

nareszcie.

/dla PokochajFotografie.pl 03|2009/

są takie fotografie, co do których masz niemal pewność, że byłyby zdjęciami życia. bo przyszło ci być właśnie w tym miejscu, o tym czasie, tam, gdzie działy się sprawy tak malownicze, tak niesamowite, w idealnym, niemal magicznym oświetleniu, z tymi nieprawdopodobnymi ludźmi w pierwszym, drugim, trzecim planie. albo bez konkretnych ludzi – to ten klimat chwili, który aż prosił się o.. aparat, którego wtedy nie było.

i pewnego dnia może uda się to powtórzyć, być może, bazując na wspomnieniu tej chwili – odtworzyć, szukając czegoś podobnego, ale gdzieś tam pozostaje świadomość, że to był właśnie ten moment. i na nic tłumaczenie sobie, że tam, gdzie nas nie ma, zawsze jest lepiej, że to tylko marzenie, przez swą niespełnialność tak trwałe. to była właśnie ta fotografia – potrafisz opisać każdy detal, niuans, widzisz ją tak wyraźnie..

to ten staruszek o spracowanych dłoniach, ta dziewczyna, gdzieś na końcu świata, w zapomnianym kościółku, która wtedy, w tym miejscu, w tym świetle, tak bardzo przypominała anioła. ten poranek, gdy powietrze tak przejrzyste, że cokolwiek wpadłoby w obiektyw, byłoby wtedy tak nadrealne, tak..

są takie, które wiesz, że byłyby równie niesamowite, bo czas, bo miejsce, warunki i tym razem nawet sprzęt, który.. zawiódł. który, być może, nie dotrwał do momentu wydobycia z niego tych niesamowitości – bo utonął, bo usterka, bo może skończył się film, karta, bo bateria..

i te, które, gdy sprawny sprzęt, gdy miejsce i czas, ale przez szacunek, przez poczucie świętości, czyjejś intymności, nigdy się nie wydarzyły. gdy zadrżał palec, bo ktoś spojrzeniem, gestem, dał do zrozumienia, że go to zrani, że.. ukradnie kawałek duszy? i odchodzisz ze świadomością, że być może byłyby one niesamowite, być może wzruszałyby do łez, a świat poklepywałby cię po ramieniu z rosnącym podziwem, ale ten uśmiech, może pełne zrozumienia, smutne spojrzenie, to niewypowiedziane «dziękuję» jest cenniejsze, ważniejsze.

to ta łysa mniszka, gdzieś w koreańskim metrze, z której emanowała cała radość świata – figlarna staruszka o dziecięcych oczach, która tylko raz stanowczo pokręciła głową. to ten rozpaczający mężczyzna, wtedy, gdy nikt nic nie mógł już zrobić, gdy było za późno..

wreszcie fotografie, których intymność zobowiązuje do jej zachowania; obrazy których poza tobą i tymi, którzy na nich, nikt nie zobaczy. może jej zaawansowana ciąża, a może ich wspólny akt, taki na pamiątkę – do oglądania po latach, gdy ciało już nie tak prężne – do wspomnień ze staruszką żoną, na, już też nie tak młodej, sofie.

na koniec – te najzwyczajniejsze, co do których tylko wy wiecie, dlaczego – co w nich tak niesamowitego. w przypadku których, gdyby je nawet ktoś znalazł – nie wiedziałby, że dotyka czegoś świętego. te, które nabierają czaru właśnie dlatego, że są tylko wasze, że światu od nich wara.

a, tak. są jeszcze te, które po prostu nie wyszły. bo gorączka, bo zły dzień, bo nieuwaga, bo to przecież taki przedszkolny błąd. miało być tak magicznie, a teraz nawet godziny obróbki nie są w stanie tego uratować. o tych jakoś ciężko snuć historie, no chyba, że dla pocieszenia maluczkich, przy piwie, na słowo harcerza, że nikomu ani mru mru, bo przecież takim zawodowcom, jak ty to się nie przytrafia..

są takie fotografie – te nikomu nie pokazane, te nigdy nie zrobione – tak bardzo twoje, a jednak dla świata nie istniejące. najcenniejsze?

/dla PokochajFotografie.pl 02|2009/

Partyjka?
felieton, 4 listopada 2003 r.

Nie tak dawno temu naród zmierzył sobie IQ i od tego pamiętnego dnia sąsiad patrzy na mnie z nieukrywaną wyższością, mamrocząc trzycyfrową (jak mniemam) liczbę pod nosem.

A oto pan Goleman lat temu ze dwadzieścia porównał IQ życiowych porażkowiczów z takowymi szczęśliwcami i, by zlikwidować dysonans, jak się w nim z tej okazji wytworzył -- wymyślił inteligencję emocjonalną. Bo oto okazało się, że nie stosunek wieku psychicznego do wieku cielesnego razy sto procent się liczy, ale sposób, w jaki to swoje ukochane IQ potrafisz wykorzystać.

A ponieważ w rankingach najinteligentniejszych często pojawia się pewien radziecki szachista -- taka mi się analogia uknuła: otóż, gdyby mierzyć ludzi miarą sześćdziesięcioczteropolowej planszy..

Mamy takich, co to potrafią sto posunięć do przodu przewidzieć, przygotować warianty obrony, ataku, wiedzieć, co zrobi przeciwnik, nim ten na jakikolwiek pomysł wpadnie. Cóż jednak z tego, gdy widzą wąsko, dwu-, trzypolowymi pasami i nie potrafią tego w zgrabną całość połączyć?

Są Ci, co mają ogląd całej szachownicy. Z jej zależnościami, zagrożeniami, możliwymi do wykorzystania okazjami -- brak im jednak władzy kombinowania -- przewidują jedno, dwa posunięcia, choć z tą przewagą, że już dla każdej figury na planszy.

Są i tacy, co wykuli almanachy szachowe, znają wszystkie rozgrywki, wyniki partii, ich przebiegi, nazwiska i życiorysy mistrzów, sposoby treningu, słowem -- szachowi erudyci. I przy dobrym wietrze, bez większego wysiłku, sięgając jedynie w odpowiedni obszar pamięci -- wygrywają «cytatem» z któregoś z dawnych mistrzów.

Wariantów oczywiście jest więcej, nadto mamy niezliczoną ilość kombinacji, i tak: roi się od przewidujących pięćdziesiąt posunięć na połowie planszy; dwadzieścia posunięć na całej, ze znajomością wszystkich rozgrywek na Kubie; samouków ogarniających całą planszę, ze stu posunięciami w kieszeni -- świetnych graczy, do momentu, gdy stawka nie stanie się niebezpiecznie wysoka (to ci, co w zaciszu domowej kuchni ogrywają superkomputery, a już na miejskim poziomie przegrywają nerwowo ze słabeuszami); genialnych doradców, gdy gra kto inny; graczy ofensywnych, defensywnych, panikarzy, flegmatyków; tych co w zespołach, tych co zawsze solo..

Są wreszcie i ci, co ani zasad dobrze nie znają, ani za bardzo ich do całego tego szachowego interesu nie ciągnie. Od czasu do czasu, niemal bez przygotowania, choć z zapałem i żarliwością, popchną jakiegoś pionka, wieżę przesuną, zachwycą się urodą królowej, harmonią szachownicy, prześlizgną za plecami Króla, a że los sprzyja lekkoduchom -- wychodzą na tym całkiem nieźle..

..sąsiedzie.

-- Tato, co trzeba zrobić, żeby mieć seks?
-- Musisz kupić najdroższy samochód, zabrać ją do najbardziej ekskluzywnej restauracji, wybrać najbardziej wyszukane dania, najlepszego szampana, ofiarować jej bukiet najbardziej finezyjnych kwiatów, pierścionek z brylantem, futro, zabrać do najlepszego hotelu w mieście i wtedy..
-- Tato, a spacery w blasku księżyca? a romantyczne wieczory? a..
-- To bujdy wymyślone przez OpenSource'owców, żeby sobie mogli za darmo coś poderwać..

Czy naprawdę chcemy takiego świata? Czy nie lepiej..

Wyobraź sobie księgarnię. Bierzesz z niej książkę, czytasz, jeśli spodoba Ci się, uznasz dzieło za tego warte -- wysyłasz symboliczną złotówkę autorowi. Złotówkę, której nie przejada pięciu pośredników -- która w całości ląduje w kieszeni Twórcy. Per analogiam -- wyobraź sobie utwór muzyczny, film, program.. Miast złotych pięćdziesięciu -- za "produkt" płacisz jego Twórcom złotych pięć.

Tak, wiem, możliwe tylko w świecie, gdzie książkę można dostać bez kosztowego papieru, film czy płytę bez nośnika.. zgadza się, Internet.

A teraz wyobraź sobie uczelnię, na której kiepscy wykładowcy nie dostają pieniędzy. Na której Ci, którzy nie chcą studentowi służyć -- wcale służyć nie muszą, do domu idą. Na której im lepszy, im bliższy idei prawdziwego Mistrza -- tym lepiej mu się wiedzie, tym bardziej doceniany, również w wymiarze materialnym. Uczelnię, szkołę średnią, podstawówkę -- pełne tych, którzy potrafią nauczać, wyjaśniać, pociągać za sobą..

I ulice "na błysk" pozamiatane przez spełnionych w ten sposób sadystów, co to dziś mają aspiracje, by gnębić dzieci..

Zobacz szczęśliwych, mądrych ludzi, którzy za dostęp do wiedzy nie muszą płacić astronomicznych sum, którzy gdy już cokolwiek płacą -- płacą jedynie tym, którzy na pieniądze te zapracowali. Wyobraź sobie nad wyraz prężnie funkcjonujące biura, urzędy -- gdzie "Przerwę mam, nie widzi Pan?" odeszło razem z podmiotem je wypowiadającym, gdzie ludzie cenią swój czas, szanują siebie nawzajem, gdzie..

To nasz świat.

Świat, do którego pierwszym krokiem jest wizja OpenSource -- gdzie cały dorobek kulturalny ludzkości jest dla niej dostępny za darmo; gdzie ludzie przyzwyczajeni są nagradzać trud tych, na których pracy w taki czy inny sposób skorzystali; gdzie nie ma monopolu, spraw publicznych załatwianych pod stołem, tylu bezsensownych decyzji..

A co z nieborakami? Co z tymi, co to im nie wychodzi?

Niech spróbują czegoś innego: niech chleb pieką, mleko roznoszą -- czy nie lepsze to dla Twoich dzieci, niż by kolejny nieudacznik miał przez swoje chore wizje zaprzepaścić ich szansę na rozwój? Czy nie lepiej, by Ci mądrzy, których dziś zjadła machina marketingowa zajęli miejsca tych, których machina ta za wszelką cenę promuje?

Wiem, utopię snuję. Ale nawet dziesiąta część tej utopii czyni życie milszym, prostszym; okazji do frustracji oszczędza; do porządkowania absurdów codzienności skłania..

verte »