zapiski
konfabulacje
fiszki
felietony
recenzje
fotografie
o..
kontakt
szukaj:

piotr.chlipalski
© 1996 - 2010
« verte


Robert R. Heinlein, opisując w jednej ze swoich książek pewien pomysł, uniemożliwił jego opatentowanie – uczynił go bowiem literackim dobrem wspólnym. państwo wybaczą, poniższe parę zdań prawdopodobnie nie odniesie aż takiego sukcesu, jak łóżko wodne, nie chciałbym jednak, by podsłuchany przypadkiem, być może odrobinę abstrakcyjny, pomysł wpadł w niepowołane, żądne patentów, ręce..

rzecz dotyczy porażająco - pozwólcie, że powtórzę - porażająco awangardowego podejścia do fotografii, które to podejście miałoby zagwarantować pewnej hipotetycznej imprezie szum medialny i uznanie na salonach. by odnieść sukces, musiałoby (owo podejście) przede wszystkim szokować, nadto na każdym kroku odkrywać Amerykę i definiować na nowo pojęcia już zdefiniowane. rozumiecie, Nowa Sztuka, w jej bardzo współczesnym rozumieniu.

jak na tak wygórowane założenia, plan jest zaskakująco prosty. wystarczy.. nie pokazywać fotografii.

zamiast tego ich autorzy mogliby opowiadać o zdjęciach, które zrobili, albo - lepiej - o zdjęciach, których nie zrobili. snuć nieistniejący obraz w słowach. szlag, jednak za proste, prawda? jasny, klarowny, czasem malowniczy przekaz to za mało dla prawdziwej awangardy. utrudnijmy sprawę. niech spiszą te opowieści, a czytać je będą obdarzeni wadą wymowy (bądź li tylko oględnie zaznajomieni z zasadami języka polskiego) obcokrajowcy, kalecząc każde zdanie.

pamiętam parę naprawdę zaangażowanych misjonarzy pewnego amerykańskiego kościoła, mającego w zwyczaju rozsyłać swych wyznawców na misje do obcych krajów w nienagannie białych koszulach. panowie Starszy Keith i, bodaj, Młodszy Johnson próbowali mnie nawrócić, przez kwadrans przebijając się przez jeden akapit Księgi. i, muszę przyznać, coś w tym jest. już po chwili łączy Cię z nimi swoista więź – z całego serca życzysz im, żeby kolejny wyraz poszedł im gładko. albo żeby przynajmniej ukończyli go w rekordowo krótkim czasie, za, dajmy na to, czwartym podejściem.

wystarczy suspensów. pora na porażający - pozwólcie, że znów powtórzę - porażający konkret.

sala upchana po brzegi, dwa rzędy dostawek, ludzie siedzący na podłodze, wszystkie przejścia zapchane. pełne zaciemnienie, z foyer dobiegają ostatnie dźwięki przygrywającego kelnerom kwartetu smyczkowego. na środku sceny ubrany w czarne, zaprasowane na kancik spodnie i białą koszulę, odrobinę sepleniący, wracający czasem i naście razy do początku zdania, gdy pokona kolejny wypełniony «szy» i «czy» wyraz, drobny Amerykanin. na nosie rogowe oprawki, niewymawialnie szpiczaste buty wypastowane, błyszczące. siedzi na drewnianym krzesełku, przy drewnianym stoliku, w świetle zwisającej z sufitu żarówki o temperaturze barwowej światła emitowanego dwa tysiące siedemset kelwinów.

czyta.

..i ani jednej fotografii!

potrzebuję asystentki.

rzecz w tym, że nie bardzo jest na nią miejsce w budżecie, co gorsza, zakres jej obowiązków musiałby być, hm, dość szeroki – nie chodzi tylko o utęskniony porządek w papierach, czy «pan chlip jest na zebraniu» dla lwiej części świata. potrzebuję kreatywnej asystentki, która potrafiłaby skończyć rzeczy, które zacząłem i rozpocząć te, którym brakuje li tylko iskry, by wystartowały. która, co gorsza, będzie kombinować dokładnie tak, jak ja. potrzebuję.. no tak, drugiego siebie. banał.

z drugiej strony to przecież proste. wystarczy ją.. zatrudnić.

jednym ruchem zrealizuję ideał Getting Things Done – zlikwiduję otwarte pętle, oczyszczę umysł, wszystko, w sposób uporządkowany, krok po kroku, zostanie wypełnione. Kreatywny Ja będę wyrzucał z siebie pomysły, Ja Asystentka będzie je realizować w tych relatywnie krótkich, newralgicznych momentach, gdy stracę nimi zainteresowanie. no i poza tymi momentami, oczywiście.

bo widzisz, ona nie będzie miała wyjścia. nie będzie mogła odłożyć na potem, przesunąć na kolejne jutro, odpuścić sobie zupełnie – będzie miała zewnętrzne zobowiązanie wobec mnie. a ja jej nie popuszczę – w końcu będzie zarabiała niebo więcej, niż jej pracodawca.

to jak, chlipalska, od poniedziałku?


kłopot z rzeczami do wszystkiego tkwi w tym, że często są.. do niczego. weźmy moją ulubioną Pocztę Polską. zamiast sprawnego okienka do (uwaga, wbrew pozorom, to potwornie odkrywcze!) wysyłania listów – mamy n okienek do wszystkiego, z dużym naciskiem na wpłacanie i wypłacanie pieniędzy – emerytury, renty, rachunki. 26 cyfr konta, adres nadawcy i pani Zofia, która nie do końca radzi sobie z tymi wszystkimi komputerami. powszechnie znany koszmar w uniformach z poprzedniego ustroju i «nie widzi? przerwę mam!» na deser.

stacje benzynowe? urocza, pracująca w każdym czasie, 24-godzinna hybryda sklepu nocnego, budki z hot-dogami i kiosku ruchu – ostatnia deska ratunku w środku nocy, w obcym mieście. do momentu, gdy nie próbujesz w środku dnia, we własnym mieście, sprawnie zatankować. trzy kasy i przez ponad kwadrans w kolejce żaden z klientów nie kupił choćby litra paliwa – pani w futrze radzi się, jakie wino na urodziny dla koleżanki, starszy pan wykłóca o punkty na swojej karcie lojalnościowej, reszta kupuje hot-dogi i kawę.

a że, po wszystkomających telefonach, infekcja opanowuje powoli sieć sklepów spożywczych, wychodzi na to, że Dogulas Adams miał rację. ostateczna odpowiedź na pytanie o Życie, Wszechświat i Całą Resztę to 42.

czterdzieści dwie minuty w dowolnej kolejce, by załatwić cokolwiek.

verte »
« verte